20 sty 2017

12 sty 2017

Zdrowie psychiczne, zarządzanie biznesem i męczący klienci


Kilka dni temu przyszedł do mnie klient-rzygacz. Rzygacze to tacy ludzie, którzy powinni przepracować swoje problemy na terapii, ale są na etapie wyrzygiwania się emocjonalnie nieznajomym: prostytutkom, współpasażerom... Dużo energii kosztowało mnie pozostanie w swoim świecie przy równoczesnym zachowaniu dyskrecji i nieprzekazywaniu jego spraw dalej. Na szczęście to był ten lżejszego kalibru, czyli wygadał się i już nigdy do mnie nie wróci. 

(Superwizja dla dziwek, anyone?)

Najgorszy jest rzygacz pragnący wejść w toksyczną relację. Taki trafił mi się raz, w agencji, i stanowczo zapowiedziałam, że więcej się z nim nie spotkam. Menedżerka to uszanowała, ale miałam -50 do reputacji, bo - z jej perspektywy - bez sensu odtrąciłam stałego "dobrego" klienta, robiąc jej problem: to ona musiała jakoś wybrnąć z tego, że on o mnie regularnie pytał.

W agencji od której zaczynałam, w ogóle nie dbano o komfort psychiczny pracownic. Nie istniało przepracowanie i każda na własną rękę musiała sobie radzić z tym, że pracuje w branży, do której nie chciałaby drugi raz trafić. Klient rozmawiający czy też nawijający o swoich sprawach był postrzegany jako mniej męczący, bo gadał i w tym czasie nie było seksu - wystarczyło udawać, że się słucha. Jedna z pracownic miała depresję i co jakiś czas przebąkiwała o samobójstwie - dostałam od menedżerki zjebkę, że zaproponowałam udanie się z problemem do profesjonalistów. Zdaniem osób zarządzających organizacją wystarczyło dotrzymywanie dziewczynie towarzystwa ("ona jest po prostu samotna!"), a ja byłam ta zła, bo nie zamierzałam angażować się osobiście w ratowanie koleżanki.
Cóż, trudno dawać wsparcie pracownicom, które zdecydowały się na prostytucję wbrew sobie i postrzegały pracę seksualną jak upadek. Gdybym miała nimi zarządzać, może też robiłabym wszystko, żeby je eksploatować, bo wsparcie - realne, potrzebne wsparcie - doprowadziłoby je do rozwiązania problemów i zmiany zawodu, a w konsekwencji pozbawiłoby mnie pracownic, w które zainwestowałam swój czas.
Agencja, w której pracowałam, nie była z tych najgorszych - na pozór panowała rodzinna atmosfera, ludzie się znali, celebrowali wspólnie urodziny i święta. Ale ponad połowa zatrudnionych dziewczyn nie radziła sobie z byciem pracownicą seksualną i właśnie leciała w dół, w problemy psychiczne i uzależnienia. Kilka miesięcy po moim odejściu agencja przestała istnieć. Prawdopodobnie z powodu posądzenia o handel ludźmi, bo menedżerka pomagała załatwić sprawy związane z emigracją kobietom zza wschodniej granicy. W każdym razie wkroczyła policja i burdel zamknięto.

W ramach ciekawostki, druga moja agencja zrzeszała dziewczyny w dobrym stanie, lubiące swoją pracę, a menedżerka miała głowę pełną ideałów i chciała im pomagać osiągnąć lepszą pozycję w życiu. Jednak kompletnie nie umiała prowadzić biznesu. Start-up padł po raptem kilku miesiącach, bo zyski były mniejsze niż koszty.

Wyciągnęłam wnioski i zdecydowałam się wynająć mieszkanie dopiero wtedy, gdy miałam pewność, że będzie mi się to opłacało. W przeciwieństwie do wielu początkujących (w tym drugiej menedżerki) rozpisałam sobie budżet plan i celowo niedoszacowywałam zyski, a koszty liczyłam z górką. Wydaje mi się, że nie popełniłam większych błędów.
Może mieszkanie mogłoby być lepsze, ale celowo zarezerwowałam na czynsz niewiele, żeby nie być w kropce podczas gorszego miesiąca (tak jak wiosną, gdy z powodów zdrowotnych przez kilka tygodni w ogóle nie pracowałam) i nie uwikłać się w bycie niewolnicą własnego lokum. Dwie znajome startuperki zakochały się w wynajętych wnętrzach, przepłaciły i teraz cierpią na tym ich dochody. A w biznesie nie o to chodzi, żeby za ciężkie pieniądze utrzymywać przy życiu własne miejsce pracy. Tak to się robi na etacie.
Z czasem, jeśli nabędę praktyki, zbiorę nową, większą bazę stałych klientów i umożliwię sobie podniesienie ceny, prawdopodobnie wynajmę coś lepszego. Chociaż nie mam do tej idei wielkiego przekonania, bo prędzej czy później będę przecież chciała zmienić zawód. Widzę to jako stopniowe przejście z jednej branży do drugiej, więc większa inwestycja w lokal szybko może przestać być na miejscu.

Tak jak już pisałam, zakorzeniła mi się w głowie myśl, że mam swój biznes. Chcąc nie chcąc, nabieram praktyki. Różne stare porady biznesowe zaczynają przybierać realny kształt, a nowe informacje przyswajam pod kątem "przyda mi się - nie przyda", co jest bardziej ekonomiczne niż bezkrytyczne chłonięcie wszystkiego (ileż sprzecznych wskazówek przyswoiłam przez minione lata!). Kiedy zarejestruję własną działalność, będzie to po prostu kolejny biznes w kolejnej branży... Pewnie będzie mi trudniej (dojdzie biurokracja, zmieni się usługa i stawka), ale i tak jestem do przodu. Mam biznes, ha!

Równolegle cały czas porządkuję swoje sprawy życiowe. Jest coraz lepiej. Dwa lata temu byłam w nieciekawej sytuacji; niby były jakieś widoki na poprawę, ale było też wiele zagrożeń. Lada moment mogłam znowu potknąć się i upaść. Ciągle musiałam się zapożyczać, pilnując, żeby nie wpaść przy okazji w spiralę zadłużeń... No i ten stres - byłam bardzo wrażliwa i dowolne niepowodzenie wyprowadzało mnie z równowagi. Rzeczywistość wokół mnie też była sporo poniżej przeciętnej - zero wyjść, wyjazdów, na nic nie było mnie stać, a dodatkowo nie umiałam zadbać o swoje zdrowie. Szamotałam się, próbując naprawiać wszystko jednocześnie. Teraz wreszcie stoję pewnie na nogach.
Tak więc, pomijając zmęczenie, o którym pisałam ostatnio, jest OK. Dobiłam do klasy średniej: moje życie jest względnie uporządkowane, mam przeciętne problemy, stać mnie na zakupy w centrum handlowym, co jakiś czas gdzieś wyjadę albo kupię bez bólu potrzebną rzecz, a problemy zdrowotne to nie dramat. Jeszcze kilka lat i będę miała takie życie, jakiego dla siebie pragnę.

Powinnam ten wpis zakończyć jakąś puentą, ale nie mam na nią pomysłu, więc dopowiedzcie ją sobie sami.
Share:

Jestem ciut zmęczona


Jak można się było spodziewać, wpadłam w wir pracy i zapomniałam o odpoczynku. O częstotliwości mojego bywania w domu niech świadczy otoczenie - dawno nie widziałam u siebie aż takiego bałaganu. Wczoraj jeszcze musiałam się wrócić do mojej garsoniery, bo w drodze do domu przypomniałam sobie, że zostawiłam tam Ekstra Ważną Rzecz. Byłam tak nieszczęśliwa, że jest po 21, a ja stoję na mrozie i czekam bezskutecznie na tramwaj, że zamówiłam sobie Ubera. Uff. Przynajmniej się wyspałam we własnym łóżku i obudziłam w dobrym humorze. Dzisiaj może posprzątam przed pójściem do pracy albo porobię inne konstruktywne rzeczy, na które ostatnio nie mogłam znaleźć czasu.

Kiedy pracowałam w agencji, organizacja czasu przychodziła mi chyba łatwiej. Nie miałam pomysłu, żeby TAM nocować, chyba że w ostateczności. Dzień w dzień wracałam po 23 do domu i wychodziłam o 14 do pracy - no chyba że wieczorem wypadł mi jakiś wyjazd. Jeśli po wyjeździe byłam padnięta, nazajutrz po prostu nie szłam do pracy i nic mi nie przepadało, bo klienci przychodzili z dnia na dzień.

Teraz pracuję z kalendarzem oraz jestem pod telefonem i, paradoksalnie, to mi bardzo utrudnia życie. Nie nabyłam jeszcze wprawy w takiej organizacji czasu i efektem jest zaplanowanie sobie czasu bardzo źle: same spotkania z ludźmi (klientami i bliskimi) i zero czasu na inne zobowiązania, relaks czy ugotowanie obiadu. Tak, zapomniałam, że ludzie zajęci planują dni wolne oraz godziny na relaks i mówią "nie", kiedy ktoś wtedy próbuje się do nich dobijać. Ilekroć ktoś mnie pytał, czy jestem wolna, patrzyłam do kalendarza, w którym były odnotowane tylko spotkania. Pusta przestrzeń - jasne, przychodź!

Uch. I ja się dziwiłam, że mam wszystkiego dość i chcę wyjechać na San Escobar?

Przetworzywszy kryzys konstruktywnie, podjęłam wczoraj postanowienie: wracam na noc do domu choćby nie wiem co, dzisiaj nie umawiam się z nikim nowym (w kalendarzu dwa spotkania przedzielone kilkugodzinną przerwą - dość, by coś porobić), jutro zaczynam spokojny weekend z, jak to mawiała moja menedżerka, "dobrym znajomym" (w planach m.in. przytulanie się i masaż, więc się zrelaksujemy wspólnie), a potem mam dwa dni wolnego, które spędzę w domu. Zrobię sobie domowe SPA, posprzątam, ugotuję obiad... Takie tam. 
Pierwszy wolny termin mam w środę.

Trzeba o siebie dbać. A poza tym... przecież ja nie celuję w masówkę. Niektóre dziewczyny potrafią przyjąć po pięciu klientów dziennie, a nawet więcej (dalej nie wiem, czy dziesięciu - dwunastu, to realizm czy fantazje o zawodzie, ta liczba jest dla mnie niewyobrażalna), ale ja się angażuję emocjonalnie w spotkania i nie dałabym rady. Potrzebuję płodozmianu, a zupełnie o tym zapomniałam.

Share:

7 sty 2017

Się pozmieniało...


Jak mogliście się domyślić z poprzednich wpisów, mam już swoje własne mieszkanie od robienia tak zwanych incalli, czyli przyjmowania klientów u siebie (wyjazdy to outcalle). Lokalizacja przyzwoita, standard przeciętny, wygląd nieagencyjny do granic możliwości plus gotowa przykrywka dla wścibskich sąsiadek (niestety jeszcze na żadną nie wpadłam).
Moje mieszkanie nie jest moim domem, mimo że tak właśnie ma to wyglądać. Jest miejscem pracy, a ja staram się zachowywać tak samo, jak w czasach agencyjnych: jadę na miejsce i jestem pod telefonem, równolegle coś tam sobie robiąc konstruktywnego. 

Wyznaczone godziny pracy regulują mój tryb życia. Tego mi brakowało przez ostatni rok i z tego właśnie powodu pragnęłam swojego miejsca. Oraz dlatego, że nie muszę już trzymać się wersji minimum i mogę na przykład zainwestować w akcesoria erotyczne (do tej pory wszystko musiało mieścić się w mojej torebce).

Mam też wciąż coś, czego nie było w agencji - swobodę. Nikt nie puka mi do drzwi w sześćdziesiątej minucie i nie wygania mi klienta z łóżka. 

Tak więc mam swoją pracę. Zorganizowaną pracę w branży usługowej - z lokalizacją, budżetem, kalendarzem i reklamą tu i ówdzie. Wiem nawet, do jakiego klienta kieruję swoje usługi. W mojej głowie zakorzeniła się idea "prowadzę biznes", żałuję tylko, że nie mogę tego robić jawnie. Tym bardziej, że jestem dobra w te klocki. Nie najlepsza - zawsze znajdą się dziewczyny bijące mnie w tym i tamtym na głowę - ale po prostu dobra.

Share:

2 sty 2017

A zatem przyjechałam dzisiaj do mojego nowego miejsca pracy...


...żeby odkryć, że nie działa mi telefon (grubsza awaria, naprawa trwała cztery bite godziny!) i odcięto wodę z powodu jakichś napraw hydraulicznych.

To sobie popracowałam.

Oczywiście telefon się urywał, kiedy byłam poza domem i oczywiście przestał, gdy tylko zaczęłam być dostępna.

Murphy wiecznie żywy.
Share:

30 gru 2016

To był najlepszy rok w moim życiu


Już poprzedni był całkiem udany, ale 2016 rządzi.

Spędziłam cały rok robiąc to, co kocham: umawiając się na sponsorowane randki z panami. 
Nawiązałam kilka trwałych relacji.
Zauważalnie się wzbogaciłam.
Uporządkowałam wiele prywatnych spraw.
Przeżyłam trochę przygód, wyjechałam w ciekawe miejsca, jadłam pyszne potrawy. 
Spełniłam kilka swoich marzeń.
I wiele innych. Nie o wszystkim mogę tu napisać, ale się działo!

Nawet jeśli czasami spotykają mnie w niej niemiłe przygody, to ogólnie bardzo lubię moją pracę. Przynosi mi wiele dobrego.
Mam nadzieję, że dobra zmiana jej nie dotknie...

Aha. Kilka dni temu dostałam prywatną wiadomość, ale nie mogę na nią odpisać, bo przychodzi mi komunikat, że nie można dostarczyć maila pod wskazany adres. Pana, który do mnie pisał, poproszę o odezwanie się jeszcze raz, bo chyba zrobił literówkę :)
Share:

25 gru 2016

Lewaczka ze mnie


Złożyłam okołoświąteczne życzenia moim ulubionym klientom i innym osobom, o których ciepło myślę. Zainicjowało to kilka miłych, energetyzujących rozmów. Lubię i doceniam to, że dla części spośród panów, z którymi się spotykam, jestem dobrą koleżanką, kimś, komu się zwierzają: chwalą, żalą. 

Zastanawiam się teraz, czy to dobrze czy źle, że świat komercjalizuje nasz czas dla ludzi, uśmiech, poradę, kilka słów wsparcia czy zagrzania do działania, dotyk, także intymny, i wreszcie stosunek. Myślę sobie, że lubiłabym żyć w pradawnej społeczności sprzed wynalezienia pieniądza, kiedy ludzie wymieniali się przysługa za przysługę i każdy był niezbędny do przeżycia. Wydaje mi się, że pojawienie się pieniądza wszystko zmieniło. 

Mój obecny wkład w społeczność to umiejętne dostarczanie przyjemności, rozrywki, relaksu, a także towarzystwa, a także edukowanie najbliższego otoczenia (tego, które wie) o seksualności. Czy to ma wartość? Bez wątpienia. Czy tę wartość można przełożyć na wartość pracy wykonywanej przez ludzi, którzy są odpowiedzialni za dostarczenie pożywienia i prądu? Najwyraźniej tak. Gdyby nie, to musiałabym zrezygnować z życia pasją i poszukać sobie innego zajęcia. Ten układ wydaje się fair.

Nie podobają mi się natomiast istniejące nierówności. Mam ogromny szacunek do ludzi wykonujących pożyteczną pracę, od sprzedawania bułek przy przystanku dla zabieganych ludzi, poprzez odśnieżanie ulic, aż po zarządzanie firmą lub bankiem. Nie pojmuję tylko, dlaczego są aż tak wielkie nierówności płacowe i dyskryminacja? Dlaczego pani, która w każdą pogodę sprzedaje jagodzianki przy metrze, ma zarabiać na tym marny grosz, i dlaczego taki los może spotkać byłą kierowniczkę działu po tym, jak minie jej biznesowy "termin przydatności do spożycia"?

Ostatnio zamawiałam kosmetyki ze znanej perfumerii. Komplet do makijażu plus podstawowe kosmetyki pielęgnacyjne. Mimo że nie kupowałam rzeczy z najwyższej półki oraz korzystałam z promocji i zestawów, zapłaciłam za paczkę prawie 1200 zł. To jest miesięczny zarobek innej osoby! Czemu tak drogo, a raczej: czemu większości na to nie stać? Przecież wszyscy ludzie powinni móc sobie kupić kosmetyki do pracy, a najtańsze marki przeważnie do niczego się nie nadają (ja przynajmniej widzę kolosalną różnicę  między tuszem Miss Sporty a moim aktualnym, wciąż nienajdroższym).

Nie cierpię polityki "zabrać bogatym, rozdać biednym" ani "każdemu po równo", bo są nie w porządku wobec zdolniejszych, ale współczesne rozwarstwienie społeczne mnie przeraża. Podobnie jak to, że system produkuje mnóstwo ludzi sfrustrowanych albo pasożytujących na innych. Mam w otoczeniu kogoś pazernego na pieniądze i wygodne życie, kto od siebie nie daje społeczeństwu absolutnie nic. Nie rozumiem i nie toleruję. Moim zdaniem wszyscy powinniśmy być przydatni. Choćby jako artyści lub dziwki. Rozrywka jest w końcu kluczowa dla naszego dobrego samopoczucia - bez niej zaharowywalibyśmy się na śmierć albo odreagowywali w niezbyt przyjemny sposób.
Share:

Nowy polski projekt dla sex-workerów


Ruszył projekt skierowany do pracownic i pracowników seksualnych. Edukacja zdrowotna, wsparcie socjalne, prawne i psychologiczne, towarzyszenie w różnych wydarzeniach... Polega również na edukowaniu pracowników z Warszawy, żeby zaczęli działać w swoim środowisku jako peeredukatorzy (czyli coś w rodzaju aktywisty-edukatora "od nas", który ma fachową wiedzę, równocześnie nie będąc potencjalnie osądzającym intruzem z zewnątrz). Fajna sprawa. 

Robią to ludzie, których miałam okazję poznać, pracując w agencji - Stowarzyszenie Program STACJA. Przychodzili do nas z kondomami, czasem przynosili również ulotki i słuchali, co u nas. Fajni, lubiłam ich i doceniałam, że w kilka osób regularnie i za darmo odwiedzają szereg pobliskich agencji, choć chyba jako jedyna sięgałam do ulotek. Oferowali też informacje: koleżanka rozmawiała z nimi o znalezieniu innej pracy, a my obie - o aktualnych i pobliskich miejscach, gdzie można się bezpłatnie i anonimowo przebadać na STI i HIV.

Mają mieć forum dyskusyjne skierowane do nas, ale jeszcze go nie uruchomili. Szkoda. To relatywnie bezpieczna, anonimowa opcja, z której chętnie bym skorzystała. Są też maile, telefon i, o ile dobrze zrozumiałam, możliwość umówienia się na indywidualne spotkanie.

Finansuje ich Krajowe Centrum ds. AIDS.

Tak więc jeśli pracujesz w tej branży i masz jakiś problem bądź chcesz się wygadać, możesz się do nich zgłosić. Jeśli chcesz działać, to tym bardziej możesz.

Strona projektu: http://razembezpieczniej.org


PS. Zapomniałam podlinkować: Codziennik Feministyczny opublikował tydzień temu treść ulotki rozdawanej podczas obchodów Międzynarodowego Dnia Przeciw Przemocy Wobec Pracowników Seksualnych. Możecie ją przeczytać tutaj. Zachęcam również do posłuchania rozmowy z Agatą Dziuban z Sex Work Polska.
Nie polecam natomiast niedawnej rozmowy z edukatorkami seksualnymi o komercjalizacji swojego dziewictwa - jedno wielkie rozczarowanie, jeśli chodzi o seks-pracę, poglądy na temat naszych klientów i mężczyzn w ogóle. W skrócie: dziewczątka vs zboki + ton potępienia.
Share: